O autorze
Nietutejsza. Emigrantka od roku 1997: wcześniej w Danii, obecnie w Niemczech. Ekonomista z wykształcenia, kreatywna dusza z natury. Matka. Hobby: łamanie stereotypów i mitów kulturowych. W wolnych chwilach pływa.
Tweetuje.

Ballada o dymisji

Gdy w roku 1997 auto jednego z czołowych polityków duńskich, Hansa Engella zderzyło się z drzewem, był to koniec jego politycznej kariery. Zrezygnował sam, pod presją opinii publicznej, gdy okazało się, że prowadził z 1,37 promila we krwi. Nigdy już do polityki nie wrócił (został natomiast redaktorem naczelnym jednego z dwóch czołowych duńskich tabloidów…). A po tym, gdy prezydent Niemiec, Horst Köhler, w roku 2010 w jednym z wywiadów wypowiedział się o niemieckiej interwencji w Afganistanie w sposób, który on sam uznał za nadużycie wobec piastowanego przez siebie urzędu, ku zdumieniu wszystkich, łącznie z Angelą Merkel, podał się do dymisji w trybie natychmiastowym. A w Polsce? jak sprawa dymisji ma się w Polsce?

W zeszłym roku już zbliżyłam się do tego tematu, gdy po obserwacji wydarzeń politycznych zaczęła nasuwać mi się pewna myśl, która z czasem stała się wręcz obsesyjna: dlaczego tak rzadko skompromitowane osoby publicznie podają się tu do dymisji z własnej i nieprzymuszonej woli?
Nie jestem pewna, jak to tłumaczyć: rozumiem doskonale chęć pozostania na dobrze płatnej posadzie i korzystanie z przywilejów władzy. Mam wrażenie jednak, że tak jest wszędzie. Ale to, czego nie rozumiem i nad czym usilnie się zastanawiam, to jakiś bezwstydny brak samokrytyki, który w Polsce zdaje się występować w skali epidemicznej, szczególnie w hierarchiach organizacji publicznych i rządowych. Jest to również dla mnie pewnym paradoksem, że w kraju, w którym, zdawać by się mogło, istnieje tradycyjnie już wręcz silne poczucie honoru narodowego, pojecie honoru na skalę indywidualną na przykładzie polityków - jest w zaniku. Bardzo często natomiast można zaobserwować, że to, co jest nazywane honorem własnym przeradza się w zwykłą butę.



Okazuje się bowiem, że w innych krajach dymisja jest wciąż jednym z narzędzi politycznych w państwie demokratycznym. Przykładów można wyliczać na pęczki: w Europie, nawet skorumpowanych Włoszech, Australii, USA, nie mówiąc już nawet o Japonii, w której poczucie honoru jest tradycyjnie ekstremalne.
Szczególnie w Niemczech, gdzie obecnie mieszkam, dymisji było w ostatnim czasie wyjątkowo dużo. Nie wykluczam, że same powody kompromitacji polityków ujrzały światło dzienne dzięki ich przeciwnikom politycznym, jako część walki o władzę, ale przebieg tych afer wskazuje na jedną prawidłowość: że reakcje i oczekiwania zarówno społeczeństwa jak i mediów przyczyniły się w dużej mierze do tego, że ich dymisja była nieunikniona.

Na przykład, Karl-Theodor zu Guttenberg – arystokrata, ożeniony z hrabianką, praprawnuczką kanclerza Ottona von Bismarcka, wielokrotny minister i były „ następca tronu” po Angeli Merkel, w marcu 2011 został zmuszony do rezygnacji ze wszystkich urzędów, jakie pełnił, m.in. Ministerstwa Obrony, w związku z ujawnieniem plagiatu w jego pracy doktorskiej z zakresu prawa konstytucyjnego na Uniwersytecie w Bayreuth (który potem odebrał mu tytuł doktora). Obecnie przebywa on w USA, z dala od polityki, bez jakichkolwiek planów na powrót do niej.

Plagiat pracy doktorskiej to, jak się okazuje, wręcz trend wśród polityków niemieckich: Silvana Koch-Mehrin deputowana do Parlamentu Europejskiego, wiceprzewodniczącą grupy Porozumienia Liberałów i Demokratów na rzecz Europy i wiceprzewodnicząca europarlamentu VII kadencji, zrezygnowała z tej ostatniej funkcji w 2011 w związku z zarzutami dotyczącymi jej pracy doktorskiej, co do której padły podejrzenia plagiatu. W tym samym roku władze Uniwersytetu w Heidelbergu odebrały jej tytuł.

Christian Wulff – prezydent Niemiec, ustąpił z oporem w lutym 2012, po 2 miesiącach doniesień prasowych na temat jego relacji z zamożnymi biznesmenami, od których pożyczał pieniądze na korzystnych warunkach i dawał się zapraszać na wakacje. Ostatecznie uniewinniony przez Sąd Najwyższy w tym roku, nie powrócił jednak do kariery politycznej i na razie nic na to nie wskazuje.

Gabriele Warmiński-Leitheußer – minister kultury, nauki i sportu w niemieckim landzie Badenii-Württembergii w styczniu 2013 podała się do dymisji z powodu …. braku akceptacji dla jej stylu rządzenia przez poddaną jej ekipę rządzącą.

Są tez inne przykłady, które mnożą się wręcz po wejściu w ten temat. Generalnie można chyba wysunąć wniosek, że trudno jest stwierdzić jednoznacznie, jakie są granice występku, który kwalifikuje do dymisji, oprócz tej ostatecznej: postępowania sądowego zakończonego wyrokiem prawomocnym.
Ale czy w Polsce mają być zastosowane pod tym względem jakieś inne, lżejsze kryteria niż w innych krajach? Czy bycie pijanym do nieprzytomności i bójka z policjantami ma być tolerowane jako norma społeczna, bo „każdemu się to może zdarzyć“ ze względu na polską tradycję niekontrolowanego spożycia alkoholu, również przez tzw. elitę polityczną? I czy dodatkowo wykorzystywanie tego faktu do promowania się w mediach ma podnosić czyjąś popularność poselską? NAPRAWDE?…
Czy posłowie, którzy stosowali kreatywne rozliczanie za wydatki na podróże służbowe i zostali wyrzuceni za to z partii mają cieszyć się w dalszym ciągu statusem posła, tylko dlatego że nie mają wstydu, zaciągnęli kredyty na mieszkanie i nie chcą wrócić do brutalnej polskiej rzeczywistości, której - będąc w elicie rządzącej - nigdy nie mieli zamiaru zmieniać?
Czy poseł, który oszukiwał urząd skarbowy ma po prostu siedzieć na swoim stanowisku i czekać, aż się o tym zapomni?

Zastanawiałam się, dlaczego właśnie Polska jest tak dziwnym krajem, w którym afer politycznych i obyczajowych jest stosunkowo dużo, nawet chyba statystycznie więcej, niż w innych krajach, a dymisji tak zatrważająco mało. Dlaczego jest tak, że w porównaniu do krajów rozwiniętych, do których Polska sama siebie już od lat dumnie zalicza, poziom kultury osobistej i kręgosłup moralny musi koniecznie odstawać od europejskich norm, albo zaliczać się do tych pod tym względem najgorszych? Dlaczego ani ekstremalnie kreatywne rozliczanie się za podróże służbowe, ani bójka z policjantami po pijanemu, ani oszukiwanie urzędu skarbowego ani tym bardziej jakiekolwiek „lapsusy“ językowe nie są w stanie poruszyć sumień i siedzeń polityków i zmusić ich do zachowania twarzy, przyznania się do błędów i – przede wszystkim – poniesienia ich konsekwencji?
Mnie już nawet nie chodzi o pojecie honoru, bo to wyświechtany slogan, słowo, jak się okazuje, zbyt ciężkie znaczeniowo na dzisiejsze czasy. Mi chodzi o minimalne poczucie wstydu, które również zanika....

Bo przecież politycy są przedstawicielami społeczeństwa, to nie są jacyś „oni“, vs. „reszta“, każdy następny, który zostaje wybrany pochodzi z tego samego narodu, norm etycznych i kontekstu kulturowego…

Dlatego nasuwa mi się wniosek, że w społeczeństwie w dużej mierze nieświadomym albo biernym i niepoczuwającym się do odpowiedzialności, nie tylko za dobro indywidualne, ale również za dobro wspólne, i w kraju, w którym media są krytyczne tylko wtedy, gdy widzą w tym szansę na zwiększenie oglądalności albo nakładu wydanych gazet, istnieje bardzo małe prawdopodobieństwo powstania kultury politycznej, która mogłaby pozwolić na zaistnienie takiego luksusowego zjawiska, jakim w rzeczywistości jest dymisja, czyli objaw zdrowego systemu politycznego, piętnującego (przynajmniej te ewidentne) błędy elity sprawującej władzę i odrzucającego jednostki, które działają na szkodę innych. Bez tego demokracja może być tylko wynaturzeniem samej siebie.

Jak to w Polsce zmienić? Odpowiedzi na to nie mam, choć bardzo bym chciała....
Trwa ładowanie komentarzy...