Pocztówki z Polski

Pod koniec grudnia ubiegłego roku pierwszy raz od wielu lat miałam okazję przyjechać na dłużej do Polski, w celach czysto towarzyskich i rekreacyjnych. Od 17 lat za granicą, na emigracji z przypadku, przez długi czas wracać w ogóle nie chciałam, nawet na krótko. Pochłonięta do reszty moim nowym życiem, aklimatyzowaniem się w nowych warunkach, językiem, kulturą, pracą, dziećmi… Jestem być może trochę nietypowa pod tym względem, bo wiem że duża część Polaków na emigracji bardzo często ciągnie do Polonii, albo jeździ często do rodziny - ja miałam dokładnie odwrotnie.

Aż do teraz. Sny o miejscach z dzieciństwa, nagłe zainteresowanie polską polityką i życiem społecznym spadło na mnie dość niedawno i dość niespodziewanie.
Nie wiem dokładnie, czy można nazwać to nostalgią za krajem, rodziną, czy też po prostu ogromną ciekawością, poczułam zew, aby odwiedzić Polskę teraz, natychmiast. Żeby pokazać ją dzieciom.
Zatęskniłam za zmianami w krajobrazie, nowymi twarzami znanych mi miast i za ciepłem uczuć i emocji, za przyjaciółmi i rodziną. Za tym, żeby przejść się dawną droga do szkoły podstawowej, wsiąść do windy, którą jechało się jako małe dziecko, bo sny o niej wracają regularnie w postaci koszmarów.
Ale też żeby skonfrontować się z nowym obliczem Polski, którą pamiętam, i być może zaznać tego specyficznego słowiańskiego chaosu, brudu, bałaganu a i bylejakości, a nawet chamstwa. Bo czy to się zmieniło? Czy nie zmieni się nigdy? ….



Taki powrót. Sentymentalny, potrzebny.
Więc przyjechałam.
Z czystych, racjonalnych i poukładanych Niemiec.

Już nawet zetknięcie z polskim pociągiem jest silnym wrażeniem emocjonalnym, bo jest dokładnie taki, jak w dzieciństwie. Dworce Polski B, smutne i przygnębiające, zwyczajnie brzydkie, niezmienne, teskniłam za Wami!
Żar z kaloryfera przy nogach w wagonie, i śnieg który wpada przez szparę w zamkniętym oknie w pociągu, którego niemieckie Deutsche Bahn z całą pewnością nawet nie wypuściłoby na szyny, tylko od razu na złom.

Odwiedzamy rodzinę w Katowicach, które są zmienione przez niemal kompletną renowację rynku. Lśniące - nawet bez słońca - nowe budynki banków ze szkła i aluminium obok starych, rozpadających się kamienic dopełniają krajobrazu. Swietnie odnowiony dworzec oraz funkcjonalny (wreszcie!) dworzec autobusowy. No i oczywiście olbrzymia tzw. galeria handlowa, już druga w mieście (a inna - trzecia już w budowie). Mam wrażenie, że ta "galeria" to dziś jakiś symbol uczty konsumpcyjnej w Polsce, choć biorąc pod uwagę niewolnicze i czasem symboliczne zarobki niektórych moich przyjaciół i członków rodziny, ciągle zastanawiam się, czy tłumy w galeriach oznaczają, że ludzie przyszli tam faktycznie coś kupić, czy tylko się ogrzać… Z tego co słyszę, mieszkańcy chwalą sobie nowy dworzec, ale narzekają na centrum handlowe, które wygląda jak niezgrabny kolos przysłaniający pół miasta.

Wieczorem zaprasza mnie znajoma, która jeszcze bardziej ode mnie tuła się po świecie. Mieszkała już w Ameryce i Chinach, teraz na chwilę w Polsce, a w najbliższych planach Hongkong, ale również niedocelowo.
Gadamy do późnego wieczoru, bo opowieściom nie ma końca. Zimno i ciemno ale postanawiam wziąć autobus. Nieszczęśliwie biorę ten, który jedzie w przeciwną stronę. Kierowca o aparycji alkoholika nie chce ode mnie pieniędzy za bilet. Jedziemy w stronę Rudy Sląskiej, autobus pędzi z prędkością światła. Po jakimś czasie zostajemy w nim tylko ja, kierowca i podpity mężczyzna z teczką jak z filmów z lat 70-tych, który zaczyna na głos snuć swój monolog o Putinie i sytuacji politycznej na świecie. Krajobraz za oknem jest kolejnym powrotem do przeszłości. Jedną z niewielu rzeczy, która zmieniła się tu od lat 17 są chyba tysiące czerwono-żołto-niebieskich tablic i tabliczek reklamowych upstrzonych wzdłuż każdej bez wyjątku drogi, reklamujących chwilówki, bary, proszek do prania i 1001 innych produktów i usług, których nikt już chyba nie zauważa i na które nie chce się nawet patrzeć.

Na wycieczkę do Krakowa wybieramy się małym busem. Połączeń kolejowych nie ma sensu nawet sprawdzać, busem jedzie się 2 razy krócej i za cenę symboliczną. 10 zł za osobę za trasę 100 km, w czym wliczona jest również podwójna opłata za autostradę… nawet nie myślę w jaki sposób ktoś na tym zarabia… Oraz ile musi zarabiać kierowca…
Kraków odnowiony, lśni i zaprasza kawiarniami i życiem kulturalnym. I rozrywkowym, czego znajoma Krakuska ścierpieć nie może, bo jej zdaniem z historycznego miasta zrobiono odpust dla turystów, którzy walą tam tłumnie, szczególnie w okresie świątecznym. Ale narzekanie to przecież jedna z polskich zalet… Jak prawdziwi turyści odwiedzamy Wawel, który wygląda imponująco w zimowym jaskrawym słońcu.…

Następnego dnia, układając plan pobytu, moja 12-letnia córka wypala: „Mamo, a Auschwitz?“ Mimo, że tematyka Holokaustu nigdy nie była obca w naszej rodzinie o żydowskich korzeniach, jestem zaskoczona tym pytaniem, bo nawet mi to nie przeszło przez głowę. Mam małe opory. Patrząc na stronę internetową muzeum, nie zaleca się bowiem wizyty w obozie zagłady dzieciom poniżej lat 14. Waham się, ale w końcu decyduję: jedziemy.

Dworzec PKS wita nas mrozem i 30-minutowym spóźnieniem autobusu. Wchodzimy do jedynego lokalu gastronomicznego który zieje brudem i pustką. Oprócz nas i kobiety za ladą, która nie zwraca na nas uwagi, w kącie lokalu siedzi mężczyzna w widocznej fazie delirium. Stajemy blisko wejścia. Gdyby nie perspektywa stania na mrozie, dziewczynki najchętniej od razu by wyszły. W ich oczach widzę strach. Po kilku minutach zostajemy zauważone przez kobietę, która nie poruszając się zza lady niewybrednie wyprasza nas na zewnątrz.

Do Oświęcimia dojeżdżamy dopiero o 13 (bo 11 i 12-latka potrzebują wiele czasu, by się rano podczas ferii wygrzebać z ciepłego łóżka u Babci….). Dzieci są zdecydowanie najbardziej niemieckojęzyczne, dlatego chcemy dołączyć do obchodu z przewodnikiem, ale jest już za późno. Po chwili żalu stwierdzam, że to chyba nawet lepiej: są przecież bardzo młode, nie muszą poznać wszystkich koszmarnych szczegółów. I tak największe wrażenie robi na nich ilość nazwisk ofiar napisanych drobnym maczkiem na ścianie w jednym z pawilonów, i szok po tym gdy dowiadują się, że są to jedynie ofiary z Holandii….
Najwięcej czasu spędzamy w nowo otwartym pawilonie, gdzie na ekranie ukazują się historie tych, którzy przeżyli obóz, dzieci czytają napisy po angielsku, ze zrozumieniem, jestem z nich dumna. Opowieści o sile woli i nadziei w tragedii. Tak jak miałam obawy przed pójściem tutaj, tak teraz, biorąc tę wizytę w kontekst pedagogiczny, myślę że było warto. Opowieści o dzieciach, które zginęły, opowieści o dzieciach, które przeżyły. Wędrówka egzystencjalna, również dla dzieci, sądzę że w dzisiejszych czasach również im taka perspektywa jest potrzebna.

Birkenau, w którym nigdy nie byłam, robi na mnie duże wrażenie. Tam dopiero czuje się ogrom fabryki śmierci. Sceneria bardzo typowa: mróz minus 10 stopni, niebieskie lodowate powietrze. Wchodzę do jednego z baraków, w którym zatrzymała się wycieczka młodych Żydów amerykańskich. Przystaję i słucham przez chwilę. W kompletniej ciemności i przenikającym mrozie przewodnik opowiada kwieciście o najgorszych szczegółach życia obozowego, tak kwieciście, że ociera się to czasem o perwersję, przekracza to bowiem granice tego, co normalny przewodnik opowiada w tym miejscu. Jestem trochę zaskoczona, ale również w pewnym sensie zahipnotyzowana, bo sceneria i epizod są trochę niesamowite… Jesteśmy ostatnimi ludźmi w obozie, moje córki czekają na mnie w malutkim pomieszczeniu w wieży głównej, bo w pewnym momencie już nie chciały ze mną iść. Gdy przychodzę piją sok i jedzą chipsy kupione z dostępnego tam snack-automatu. Pierwsze potrzeby życiowe zwyciężają nad powagą tego miejsca. Życie pokonuje śmierć, tak w uproszczeniu.

Wychodzimy z obozu wprost w lodowaty wieczór. Wszystkie autobusy, które normalnie stoją tam w szeregu już dawno zniknęły, jedyne co rzuca mi się w oczy to czysta, nowa i nęcąca swoim ciepłem samotna taksówka.
„Ile będzie kosztować na dworzec?“
„A dokąd Pani chce jechać?“
„Do Katowic“
„Aaa, to pociąg będzie za godzinę dopiero. Do Katowic jedzie 2 godziny“
„Przekonał mnie Pan“.
Wsiadamy i zamawiamy trasę bezpośrednio do domu mojej mamy. Po drodze od taksówkarza dowiaduje się różnych ciekawostek. Że w samym centrum Oświęcimia wybudowano 5 nowiusieńkich gmachów banków. Że syn po ukończonych studiach i urodzeniu pierwszego dziecka został zmuszony do wyjazdu z Polski, bo nie dawał rady utrzymać rodziny za 700 zł miesięcznie. Że muzeum w Oświęcimiu rządzi się swoimi prawami. Że politycy lokalni nie spełniają swoich zadań, ignorują problemy ludności.
I w końcu że Żydzi rządzą światem.
Taksówka z Oświęcimia do Katowic kosztuje tyle samo ile z mojego domu w Niemczech na dworzec kolejowy w moim mieście.

Następny przystanek: Warszawa. Po kupnie biletu na ranny pociąg InterCity okazuje się, że kasjerka już od 2 godzin sprzedaje bilety bez miejscówek, których już oczywiście kupić nie można. Rezultat jest taki, że po kilkudziesięciu minutach pociąg zapełnia się po brzegi ludźmi i bagażem. Jedno miejsce udaje nam się upolować. Drugie ustępuje nam młody mężczyzna, który odstępuje swoją miejscówkę mojej córce, a sam całą drogę spędza na stojąco na korytarzu, podobnie zresztą jak i ja. Na koniec zostaje obdarowany świeżo upieczoną szarlotką mojej mamy oraz dobrym słowem, bo niestety nic więcej nie mam pod ręką...

Warszawa wita nas odnowiona, miejscami prześliczna. Tylko gdy brat odwozi mnie do rodziny na Ursynów, widzę jak na dłoni te niekończące się pasma blokowisk, małych, dużych, i rożnych, które od czasu mojej ostatniej wizyty się bardzo wyraźnie rozmnożyły. Wrażenie wysoce nieestetyczne.
Za to najprzyjemniejsze są spotkania ze starymi przyjaciółmi i rodziną. Czasem po prostu trzeba zobaczyć te twarze, jak się zmieniają, często tylko nieznacznie, ale jednak. Odnajdywanie znanych rysów jest fascynujące. Oczy niby te same, ale smutniejsze, albo twarz niemal identyczna, ale tej zmarszczki pod okiem wcześniej nigdy nie było… Pasemka siwych włosów u koleżanki z klasy… Opowieści o życiu zawarte w kilku intensywnych godzinach przy cappucino i herbacie chińskiej. Żeby znowu rozstać się na kilka lat i spotkać ponownie, z tą samą emocją w stosunku do siebie, jaką miało się w czasie nastolęctwa. To tak bardzo miłe, najmilsze, że nasze wzajemne relacje nie zmieniają się mimo upływu lat. Zainteresowanie i przywiązanie są te same. Nawet chyba ciut głębsze, inne, bo przecież tylko raz w życiu ma się okazje do zawarcia przyjaźni z dzieciństwa. Chyba dopiero po pewnym czasie zaczyna to człowiek zauważać i doceniać. ..
Ale w moim przypadku jest jeszcze kilka nowych przyjaźni, tych zawartych w epoce internetu, które zaskakują bardzo pozytywnie.

Sylwester ma być taneczny, znajomy przysyła mi listę najlepszych imprez w mieście. Wybieramy jedną z nich, z opisu najbardziej kolorową i zwariowaną. Mamy się spotkać na miejscu. Dojeżdżam tam, ale mam dziwne przeczucie, mimo to kupuję bilet wstępu, 60 zł. Wchodzę nie zdejmując nawet kurtki, bo już zauważam, co się dzieje w środku. Szara i czarna masa ludzka w większości już po kilku wódkach, ani cienia piór, cekinów i obiecywanego szaleństwa sylwestrowego. Intensywny odór potu. Wychodzę po 10 minutach nie mogąc się skontaktować z resztą towarzystwa. Mimo to mam Plan B, który okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Noc kończy się w kameralnym gronie starych znajomych, gdzie tańczymy do białego dnia…

Oczywiście nie wyjedziemy z Warszawy nie zwiedzając Starówki, która na czas świąt zamienia się w iluminacje świetlną, trochę jak z bajki Disneya, czyli pełna kiczu i przesytu. Zadziwia ilość kawiarni i restauracji w centrum, bardzo przyjemnie zaskakuje poziom obsługi i czasami wręcz niebywała grzeczność sprzedawców.
Jeszcze tylko wypad do kina z kuzynka na „Bogów“, kolacja u brata, śniadanie u cioci i lunch z bratową w restauracji sushi w Wilanowie. Oraz przy okazji: kilkadziesiąt godzin rozmów, które minęły jak z bicza strzelił…..

Na prośbę dzieci wracamy przez Berlin. Już sam dworzec kolejowy jest jakąś oazą harmonii w porównaniu z nowoczesnymi lecz hałaśliwymi rozwiązaniami dużych miast Polski, gdzie często żeby w ogóle dojść na peron należy przejść przez całe centrum handlowe wzdłuż i wszerz. Mamy 8 godzin zwiedzania, poświęcone głownie na sightseeing, oraz obowiązkową godzinną sesję fotograficzną grupowo i indywidualnie (selfie!) spod Bramy Branderburskiej.

Dlatego właściwie nie dziwię się, że gdy pytam dzieci, co podobało im się najbardziej z całej wycieczki, mówią, że Berlin.

Ja natomiast wracam emocjonalnie pozytywnie naładowana, do domu w Niemczech, które odkąd tutaj mieszkam, wciąż pozostają dla mnie niestety w dużej mierze emocjonalną pustynią w tym samym czasie stając się drugą ojczyzną dla moich dzieci….


Post Scriptum
Interesuje mnie tematyka emigrancka, która - moim zdaniem - istnieje w sposób śladowy w polskich mediach, najczęściej w formie danych statystycznych.
Najciekawsza jest dla mnie kwestia tożsamości narodowej wśród emigrantów z długim stażem za granicą - i ich rodzin. Proszę o kontakt tych, którzy chcieliby na ten temat porozmawiać i podzielić się swoimi historiami i przemyśleniami na tym blogu. Czekam na znak pod akosmopolska@gmail.com. Z góry dziękuję.
Trwa ładowanie komentarzy...