O autorze
Nietutejsza. Emigrantka od roku 1997: wcześniej w Danii, obecnie w Niemczech. Ekonomista z wykształcenia, kreatywna dusza z natury. Matka. Hobby: łamanie stereotypów i mitów kulturowych. W wolnych chwilach pływa.
Tweetuje.

Art Basel 2015 - tu byłam

Art Basel 2015, archiwum własne
W samym centrum szwajcarskiego miasta Bazylea, tuz obok cyrku i galerii handlowej, ogromna hala wystawowa. To Art Basel, rokroczne targi sztuki, jedne z największych na świecie. Jeszcze kilka lat temu kasy były prowizoryczne, dziś obsadzone profesjonalną obsługą w eleganckich uniformach.

Nie tylko obsługa jest tu elegancka, przed wejściem do środka wiem już, że nie zwracając uwagi na to jak się dziś ubrałam popełniłam faux pas. Taka wystawa to okazja do parady strojów wyjściowych, jedyne co mi pozostaje, to udawanie przypadkowej turystki i próba wtopienia się w 37 tysięczny tłum, który odwiedza ArtBasel co roku. Kobiety ubrane jak damy, z dyskretna elegancja, albo artystycznym kontrolowanym nieładem, jedne dystyngowane, inne eksponujące swoje wdzięki. Mężczyźni ekscentrycy i biznesmeni, eleganci i dandysi - wszyscy tu dziś są. Dla Bazylei to niekwestionowane wydarzenie roku.

Po dokładnym sprawdzeniu zawartości mojej torebki przez kontrolę biletową, wreszcie oczom moim ukazuje się hala wystawowa, a tym samym ogrom tej całej imprezy. Oprócz różnobarwnej masy ludzi, dzieła sztuki współczesnej wystawiane przez poszczególne galerie z Zurichu, Londynu, Hong Kongu, Mumbaju, Lubijany, itp., łącznie 300 galerii z 21 krajów. To prawdziwa uczta i stymulacja dla estetyki, choć niektóre wątki i chwyty artystyczne zdają się być powtarzane w nieskończoność, jak np. erotyzm, nagość i elementy szoku. Walka o uwagę odbiorcy nie zawsze jest do końca finezyjna. Są też chwile, gdy mam wrażenie, że jestem na wernisażu kursu plastycznego szkoły podstawowej. Wrażenie amatorszczyzny, zamierzonej lub nie. Przyjmowanej bez komentarzy przez tych wszystkich wysoce kulturalnych amatorów i koneserów. Ale w tej masie sztuki można znaleźć prawdziwe perły. Art Basel promuje młodych artystów. Od momentu powstania imprezy zainicjowanej w roku 1970 przez 3 szwajcarskich galerystów, zostały tu wypromowane takie talenty jak John Armleder, Tony Cragg, Jean Frederic Schyndler, Helmut Federle i inni którzy wkrótce potem stali się prominentnymi i cenionymi artystami na scenie międzynarodowej.

Po obejrzeniu dwóch hal wypełnionych po brzegi galeriami przechodzę do
Hali instalacji artystycznych nazwanej Unlimited. Jest przestrzenna i olbrzymia. Uwagę przykuwa mężczyzna ubrany w strój codzienny, biurowy, siedzący przy biurku na olbrzymiej powierzchni obrotowej przypominającej gigantyczna tacę. Na niej stoi, komputer,  a naprzeciwko leży kobieta z aparatem fotograficznym w ręku, która bez przerwy robi mu zdjęcia. Ten motyw fotografowania jest notabene bardzo tu obecny na każdym niemal kroku: wszyscy zdają się robić zdjęcia wszystkiemu, ja sama zresztą również, jest to zjawisko tak masowe, że my sami - odwiedzający - stajemy się jakby częścią tej żywej instalacji, tego masowego happeningu.

W pamięć zapadają najbardziej właśnie instalacje: wisząca rzeźba z kół rowerowych, gigantyczna kula złożona z mikrofonów w półmroku, pięć zielonych spadochronów, kilka rzędów szklanych sześcianów z powybijanymi szybkami, symbolizujących niedawną arabska wiosnę…
Tradycyjnie jest również coś dla dzieci: gigantyczna kukła nagiego mężczyzny, który… oddaje mocz do wiadra. To model. Wokół dzieci w różnym wieku siedzą i usiłują go narysować na swój własny sposób. Najlepsze rysunki zawieszane są na ścianach.

Po kilku godzinach impreza się kończy, ostatni odwiedzający opuszczają halę, to ostatni już dzień. Pozostają wrażenia z gigantycznej imprezy, impresje estetyczne, zmęczenie kończyn oraz niejasne przeczucie o potwierdzeniu tezy, że dziś sztuką może być wszystko.









Trwa ładowanie komentarzy...