O autorze
Nietutejsza. Emigrantka od roku 1997: wcześniej w Danii, obecnie w Niemczech. Ekonomista z wykształcenia, kreatywna dusza z natury. Matka. Hobby: łamanie stereotypów i mitów kulturowych. W wolnych chwilach pływa.
Tweetuje.

Superman, Batman i Zorro czyli Syryjczycy w moim mieście

Cholera jasna. Faceci od noszenia mebli (90 EUR za godzinę) nie dojechali. Coś tam im wypadło, mogą być wieczorem najwcześniej. Niech to szlag, przecież ja nie będę specjalnie dla nich wynajmować ciężarówki dzień dłużej! 110 EUR + Mehrwertsteuer, taryfa weekendowa, mimo że to dopiero piątek, godzina 8:03. A do tego w ogóle niemożliwe, bo auto już jutro od rana zabukowane przez kogoś innego. Niech to szlag. Chwila w mentalnym rozkroku przedłuża się w czasie, gdy zaczynam pakować książki do pustych kartonów po bananach. Najlepsze kartony na świecie. Nie wiem tylko po co mi tyle książek, skoro i tak nie mam czasu ich czytać...

10:30 uporałam się z pierwszym transportem. Całe auto załadowane jakimiś pudłami z piwnicy, od czegoś muszę przecież zacząć, choć mam wrażenie, że wszystkie te rzeczy są tak totalnie bezużyteczne. Moje nastolatki w końcu wstały, najstarsza córka na widok pudeł w ciężarówce puka się w głowę. Mamo, ja tych Twoich pudeł nosić na pewno nie będę, myślałam że będziemy przewozić meble. Odwraca się na pięcie w proteście przeciwko pogwałceniu sobie tylko znanych pryncypiów. A wiec zostaję sama z moimi paczkami, ofiara zbieractwa, bezradna w obliczu ciężaru za mną i ciężaru przede mną, jak dziecko własnej córki.
Dobrze, to nie jest najlepszy czas na refleksje filozoficzne, wsiadam i jadę do nowego miejsca, gdzie wszystko ma zacząć się lepiej, od nowa. Całkiem nowe życie na bazie pudeł pełnych starych rzeczy.

11:26 jestem na miejscu, znajoma para czeka już od godziny na mnie żeby pomóc mi wnosić to wszystko do środka. Przepraszam za spóźnienie, nie dałam fizycznie rady wcześniej..
Znajomi niezawodni. Pomagają. Po ok. 25 paczkach widzę po kobiecie że ma już dosyć, jej partner ma coś do załatwienia o 15.00, musi iść, trudno, dam radę, oczywiście, że dam radę sama, zawsze dawałam, nawet wtedy gdy teoretycznie nie byłam sama, gdy w życiu był teoretycznie mężczyzna, który miał mi praktycznie pomagać, więc to dla mnie nic nowego, dziękuję za pomoc serdecznie, to naprawdę bardzo miło z Waszej strony.

Drugi transport, 14:25, jest pełen mebli. Nakrzyczałam na moje nastolatki, że przecież trochę mogą się ruszyć, ruszyły się w końcu. Zła matka ze mnie jednak trochę, ale dziś pal to sześć, byleby dotrwać do końca tego dnia. Jutro być może będzie czas na rozmowy pedagogiczne i quality time. Albo pojutrze.

Znajomi niezawodni. Po 2 regałach muszą już niestety iść. Dziękuję serdecznie, naprawdę jestem bardzo wdzięczna. Będziemy w kontakcie.
Jezu tylko co ja teraz mam zrobić... Mam ze sobą moje nastolatki z ich miękkimi kręgosłupami i wątłymi mięśniami, jak to u dziewczyn w tym wieku. Młody sąsiad z przeciwka wychodzi z pieskiem na spacer, żadnego dzień dobry i kontaktu wzrokowego, mimo że próbuję. Ale nie będę przecież prosić o żadną pomoc. W Niemczech za darmo o pomoc się nie prosi, chyba że ktoś sam ją oferuje. A ile miałabym teoretycznie mu zapłacić za coś takiego, to sama nie wiem. Więc nie wchodzi w grę. Zostaje tylko subiektywna. automatyczna refleksja na przyszłość w tylnej części czaszki: to jakiś skurczybyk.

15:40. Za nami kilka regałów, przed nami komody i cała reszta, nie jest tego tak dużo, mówię sama do siebie w celach motywacyjnych. W ogóle to ładny dzień jak na początek listopada. Na chodniku zatrzymuje się dwóch młodych mężczyzn, jeden się do mnie uśmiecha. Widzę, że coś chce powiedzieć, ale na migi. Oczywiście początkowo zbywam to krótkim chłodnym uśmiechem. Bo co może chcieć ode mnie młody uchodźca, zgaduję że z Syrii, jakich od jakiegoś czasu pełno w tym mieście?
Po chwili wnioskuję, że chcą nam pomóc. Waham się. W ułamku sekundy przechodzą mi przez głowę fragmenty artykułów prasowych o uchodźcach niebezpieczeństwo terroryzmu, gwałty na kobietach, oszustwo, wykorzystywanie systemu socjalnego naiwnej Europy, co tam jeszcze o nich było?...
Uśmiecham się. Chłopcy zaczynają nosić meble. Jeden jest szczupły, z lekkim zarostem, śmieje się za każdym razem gdy na niego patrzę. Za każdym razem gdy łapię się za mebel, żeby pomóc go przenieść, krzyczy do mnie że nie, że tylko on i kolega: "Mama, nein! Mama, nein"
Drugi jest postawny i silny. W ciągu 15 minut ciężarówka robi się pusta. Zbieram w sobie odwagę i pytam czy pomogą nam z ostatnim transportem. Wymieniamy numery telefonów. Chłopcy kontaktują się ze znajomą im tłumaczką, żeby lepiej mnie zrozumieć. Aha, oczywiście, nie ma sprawy, proszę zadzwonić.

Naturalnie, że dzwonie, nie mam innego wyjścia, ale dopiero po 4 godzinach, gdy udaje nam się powoli wynieść wszystkie meble ze starego mieszkania i jakimś cudem wpakować je ostrożnie do ciężarówki i dojechać do nowego miejsca. Jest już ciemno. Przyjeżdżają na rowerach, tym razem jest ich trzech, dwaj podobni do siebie jak dwie krople wody, bracia. Ten nowy, trzeci zaczyna nosić meble na 2 piętro, zarzucając je na plecy sam, jak jakiś starożytny heros, silny jak jakiś Herkules . W klapkach na gołych stopach.

Gdy kończą, pytam, ile mam im zapłacić. Śmieją się do mnie. "Money? Noooo.. .". Wyjmuję 100 euro, ignorują moją rękę, gdy chcę im wręczyć banknot. Zaczynam czuć się zażenowana tą moją propozycją. Dziękuję im kilkakrotnie. Na ich prośbę pozwalam im zrobić sobie selfie z moją córką. Daje im wodę i jakieś herbatniki bo nic innego nie mam pod ręką. Przed tym jednak dzwonią do tłumaczki, która mówi mi że ofiarują mi pomoc kiedy tylko będę jej potrzebować. Dziękuję im najserdeczniej jak potrafię. Idą.

Moje dzieci są sceptyczne, trochę przerażone. Mamo, oni chcą nas wykorzystać, nie wiadomo co to za jedni, czego będą chcieć w zamian...  Ucinam dyskusje, dobranoc, to był długi dzień.

Kilka dni później pomagają mi znowu wynosić nowe meble z auta pełnego po zakupach w Ikei. Tym razem przemycam 20 EUR dla każdego chowając je w opakowaniach z czekoladami, po jednym banknocie dla każdego. Niemal symbolicznie. Po 10 minutach dostaje smutna ikonkę smiley na whatsapp. Znowu jakieś faux pas mi wyszło z tą zapłatą...

Po kilku tygodniach zapraszają nas do siebie w odwiedziny. Mieszkają na osiedlu wybudowanym dla francuskich żołnierzy, którzy kiedyś. do niedawna tu stacjonowali. Moje sceptyczne nastolatki nigdzie nie idą, więc idę tylko z moim małym synkiem. W pokoju opustoszałym z braku mebli wita nas stół suto zastawiony naturalnymi deserami z owoców i warzyw, miód, orzechy, marchew, jabłka, kokos, soki. Są kobiety i dzieci. Jeden z braci ma ich pięcioro w wieku od 1 do 8 lat, drugi nowonarodzoną malutką córeczkę. Tłumaczka opowiada historię ich podróży: pontonem z Syrii przez morze, potem wędrówkę pieszą aż do Niemiec. Pokazują mi zdjęcia swego domu, który już nie istnieje, zdjęcia płaczącej matki, oni z bronią, oni przy swoich autach, których też już nie ma. Pytam, czy walczyli po którejś ze stron. Nie, tylko w obronie własnej. Stracili cały dobytek życiowy, a wygląda na to, że mieli więcej ode mnie. Szkoda, że sami nie mówią po niemiecku, po angielsku zresztą też nie, wszystko przed nimi i ta droga będzie długa.
Znajduję wspólny język z żoną starszego brata, wszyscy mniej więcej o 10 lat młodsi ode mnie,  okazuje się, że mamy bardzo podobne poczucie humoru. Opowiadam kobietom, jakie wrażenie zrobili na mnie ich mężowie noszący ciężkie meble jak pudełka od zapałek. Śmiejemy się, że to Superman, Batman i Zorro.

Kilka dni temu przychodzą do mnie na kawę. Przynoszą 3 torby pełne żywności, którą dostają od organizacji charytatywnych - mają jej już po prostu za dużo. Puszki pełne ryb, pasztetów i mięsa, soki, kakao, wystarczy mi tego chyba na kilka lat, a nie wypada mi odmówić. Po ich wyjściu moja najstarsza rzuca okiem na torby i pyta, czy nie ma w nich bomby. Boże święty, dziecko uspokój się z tą paranoją. Nawet mi to przez myśl nie przeszło, bo nie powinno.
Nie bądź naiwna, mamo.
Trwa ładowanie komentarzy...